W sierpniu 1980 r. po podwyżce cen mięsa w Polsce doszło do fali strajków. Jeden z nich wybuchł w Stoczni Gdańskiej - w obronie zwolnionej działaczki WZZ Wybrzeża, Anny Walentynowicz. Powołany 17 sierpnia Międzyzakładowy Komitet Strajkowy (zrzeszający kilkaset zakładów pracy z Wybrzeża Gdańskiego) sformułował 21 postulatów, domagając się m.in. możliwości utworzenia niezależnych związków zawodowych oraz godnego upamiętnienia ofiar Grudnia 1970. W ostatnim dniu sierpnia w historycznej sali BHP Stoczni Gdańskiej im. Lenina doszło do podpisania porozumienia między MKS, reprezentowanym przez Lecha Wałęsę, a stroną rządową (której przedstawicielem był Mieczysław Jagielski). Gdańskie porozumienie było jednym z czterech tzw. porozumień sierpniowych zawartych między komitetami strajkowymi a komunistycznym rządem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
O wydarzeniach Sierpnia 1980, o związanych z nimi nadziejach i rozczarowaniach - a także o wyjątkowej lekcji historii, jaką możemy wyciągnąć z tamtych czasów, rozmawialiśmy z dr. hab. Piotrem Perkowskim, prof. UG.
Karolina Żuk-Wieczorkiewicz: - W historii PRL co jakiś czas dochodziło do masowych strajków pracowniczych. Jako bezpośredni impuls do tych protestów często wymienia się czynniki ekonomiczne, przede wszystkim podwyżki cen żywności. Jak to wyglądało w sierpniu 1980?
Dr hab. Piotr Perkowski, prof. UG: - Chciałbym uściślić, że podwyżki cen żywności nie były podstawową przyczyną protestów, co najwyżej czynnikiem wyzwalającym. Dla robotników - bo to przede wszystkim oni protestowali - bardzo istotne były warunki pracy. Gdy czytamy postulaty robotników, zarówno z końca lat sześćdziesiątych, z roku 1970 czy 1980, zauważamy, że są one bardzo podobne. Wprawdzie władze PRL pod rządami Edwarda Gierka w pierwszej połowie lat 70. ubiegłego wieku wprowadziły pewne reformy, dzięki którym np. wzrosły wynagrodzenia w zakładach pracy, to jednak w stoczniach (a szczególnie w Stoczni Gdańskiej) nie udało się wyeliminować podstawowych czynników będących źródłem dużej frustracji w miejscu pracy.
- Jakie to były czynniki? Czy bardziej chodziło o wynagrodzenia, czy o inne warunki pracy?
- Z jednej strony mogło chodzić o zbyt niskie wynagrodzenia, często jednak kluczowym problemem był sam system wynagrodzeń. Robotnikom zależało przede wszystkim, by wynagrodzenia były sprawiedliwe, na przykład, żeby zrównać zasady obowiązujące robotników pracujących na dniówki i tych, którzy pracowali na akord (i otrzymywali wynagrodzenie za wykonanie określonych zadań). Ci ostatni dopiero po wykonaniu przydzielonych zadań mogli wykonywać pracę za dodatkowe pieniądze.
Warto tu dodać, że kojarzone z PRL powiedzenie „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy” w stoczni absolutnie nie znajdowało zastosowania. Stoczniowcy pracowali bardzo ciężko. Istniały też bardzo duże różnice między poszczególnymi robotnikami. Ci, którzy pracowali na stoczni dłużej, mogli dogadać się z brygadzistą i dostać taki przydział, gdzie wykonanie normy było łatwiejsze (a zatem łatwiej było też „dorobić” do pensji). Młodsi robotnicy często nie mieli takiej możliwości - i to rodziło u nich dużą frustrację. W niektórych wydziałach stoczni, na przykład wśród monterów kadłubów, roczna rotacja robotników produkcji podstawowej obejmowała nawet 1/3 składu brygad. Podobna sytuacja występowała zarówno przed grudniem 1970, jak i przed wydarzeniami z sierpnia 1980. Tymczasem plany produkcyjne (choćby kontrakty zagraniczne) trzeba było wykonać - i to spadało na pozostałych pracowników, powodując u nich jeszcze większe przeciążenie.
Pamiętajmy o tym, że żeby zrozumieć tego rodzaju procesy (jak te, które legły u podstaw protestów w PRL w latach 1970 czy 1980), trzeba zejść maksymalnie „w dół” i przyjrzeć się temu, jak wygląda praca w systemie brygadowym, jak pracuje się na statku czy na pochylniach. Dopiero wówczas będziemy w stanie uchwycić sedno bolączek tamtych czasów.
- Wspomniał pan, że mechanizmy leżące u podstaw protestów, zarówno tych z grudnia 1970 i tych z sierpnia 1980, były podobne. Natomiast efekty w obu przypadkach były inne: protesty z roku 1970 miały tragiczny finał, podczas gdy te z roku 1980 doprowadziły do podpisania porozumień między strajkującymi a przedstawicielami ówczesnych władz państwa. Co się zmieniło?
- W przypadku strajków w sierpniu 1980 kluczowym momentem jest dzień 16 sierpnia 1980 roku i ogłoszenie strajku solidarnościowego, czyli zmiana decyzji wąskiej grupy ludzi, która rozpoczęła strajk w Stoczni Gdańskiej (Lecha Wałęsy, Aliny Pienkowskiej, Bogdana Borusewicza). Mimo zapewnienia dyrekcji, że ich postulaty zostaną częściowo spełnione, ci ludzie jednak uznali, że nie można zostawić innych zakładów pracy na lodzie - i zdecydowali się na ogłoszenie strajku solidarnościowego, by owe pozostałe zakłady wesprzeć. To wydaje się momentem przełomowym tamtych wydarzeń.
- Jak doszło do przełomu?
- Dokładnie nie wiemy, co się wydarzyło i jaka była rola poszczególnych osób, ponieważ są różne relacje (jak wiadomo, sukces ma wielu ojców). Jednak przypisanie zasług konkretnym ludziom nie ma większego znaczenia dla samego obrotu spraw. Istotne było to, iż przeważyła opinia, że należy strajk kontynuować. Nastąpił więc przełom. Sądzę, że wynikał on po części z doświadczenia historycznego, czyli protestów z grudnia 1970. Być może ze względu na tamte wydarzenia zdecydowano się na strajk solidarnościowy.
Musimy natomiast pamiętać, że ten strajk wcale nie był „skazany na sukces”. W przypadku wydarzeń Sierpnia 1980 mamy do czynienia z momentem przełomowym, który w konsekwencji doprowadził do buntu na taką skalę, że władza została zmuszona do ustępstw i negocjacji. To, że wydarzenia potoczyły się w takim kierunku, prawdopodobnie zawdzięczamy intuicji strajkujących - tej wąskiej grupy ludzi, którzy w tamtym czasie podjęli właściwe decyzje. Jednakże samo pojawienie się jakiejś możliwości jeszcze nie oznacza, że ta możliwość zostanie wykorzystana. Dróg, które otwierały się w tamtym momencie historycznym, było zapewne kilka i być może tylko jedna z nich mogła się zakończyć sukcesem.
Zazwyczaj bardzo trudno jest dokonać znaczącej zmiany w procesie historycznym (w obrębie jakiejś instytucji czy państwa). Do tego na ogół potrzebne są takie wydarzenia jak rewolucje czy wojny. W przypadku Sierpnia 1980 mamy do czynienia z wybuchem wspaniałej rewolucji, która doprowadziła do wielu niesamowitych wydarzeń, zakończonych podpisaniem porozumienia gdańskiego.
- Jak Pan sądzi - co skłoniło stronę rządową do rozmów ze strajkującymi? Na początku władza nie wydawała się chętna do negocjacji, próbowano nawet zaprzeczać istnieniu strajku…
- Myślę, że czynnikiem decydującym był fakt, że do strajku przyłączyły się kolejne zakłady (w momencie podpisania porozumienia gdańskiego było ich ponad 700), a powołanie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego stworzyło platformę, na której przedstawiciele poszczególnych zakładów mogli się wypowiedzieć i porozumieć. W którymś momencie rządzący uznali, że skala protestu jest tak ogromna, że trzeba podjąć rozmowy.
- Pierwszym z postulatów MKS była „Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych”. Dlaczego było to tak ważne dla protestujących - i czemu stanowiło problem dla strony rządowej?
- W powszechnym odczuciu istniejące wówczas związki zawodowe (np. Związek Zawodowy Metalowców, który reprezentował Stocznię Gdańską) nie spełniały oczekiwań robotników - zwłaszcza w zakresie polepszenia warunków pracy. Za pośrednictwem tych organizacji można było wzmóc presję dotyczącą świadczeń socjalnych, ale to robotnikom zdecydowanie nie wystarczało. Chcieli mieć związek zawodowy, który byłby w stanie realnie zawalczyć o lepsze warunki pracy i który byłby (być może) również rodzajem platformy politycznej.
- Czy to żądanie mogło być odebrane jako swoisty policzek wobec systemu socjalistycznego, który powinien reprezentować interesy robotników, a zawiódł oczekiwania?
- Mogło tak być. Przy tym warto zaznaczyć, że w 1980 r. robotnicy wciąż szczerze wierzyli, że system socjalistyczny można odnowić (używano nawet hasła „Odnowa”). Wierzono, że poprzez wdrożenie odpowiednich postulatów uda się skierować socjalizm na dobrą ścieżkę, bo sam system miał potencjał reprezentowania interesów robotniczych. Funkcjonowały na przykład tzw. konferencje samorządu robotniczego, czyli następczynie dawnych rad robotniczych, podczas których przedstawiciele tej grupy społecznej mogli się wypowiadać, a często zgłaszali bardzo konkretne postulaty dotyczące wynagrodzeń czy poprawy warunków pracy na wydziałach (by wszyscy mogli pracować godnie), padały też postulaty socjalne, a nawet polityczne. Nie można więc powiedzieć, że głos robotników w socjalizmie, a konkretnie na zakładzie, w ogóle nie wybrzmiewał. Jakie były tego rezultaty? Zapewne skromne, skoro w sierpniu 1980 doszło do protestów.
Zatem robotnicy mieli możliwość zgłaszania rozmaitych zastrzeżeń. Nie było jednak wystarczająco silnych związków zawodowych, rad pracowniczych czy rad robotniczych, które mogłyby wywierać realną presję na władzy.
- Wspomniał Pan, że w 1980 r. robotnicy jeszcze wierzyli w socjalizm i to, że ten system (jeśli się go „naprawi”) naprawdę może reprezentować ich interesy. Jednakże już kolejny rok przynosi rozczarowanie, kryzys, dochodzi do wprowadzenia stanu wojennego. Można chyba powiedzieć, że system socjalistyczny zawiódł ludzi, których interesom miał służyć.
- Wydaje się, że to przekonanie o sile socjalizmu i zdolności państwa socjalistycznego do konkurowania na arenie międzynarodowej (choćby w zakresie produkcji statków) zaczęło się kruszyć już w miesiącach po sierpniowym zrywie. Da się zaobserwować pewien spadek zaangażowania, pesymistyczne oczekiwania względem przyszłości. Tę utratę złudzeń widać szczególnie na fali kryzysu polityczno-gospodarczego w 1981 r. Trudno uchwycić konkretny moment (być może zima 1980/81 i jej trudne warunki?), ale następuje powolne odchodzenie robotników od wiary w to, że socjalizm jest w stanie zapewnić im godne życie. Robotnicy kalkulowali własnymi brzuchami. Dostrzegali, że żyje się coraz gorzej, że zaopatrzenie jest coraz gorsze, a określone przywileje władzy nie zostały wyeliminowane (pamiętajmy, że wśród postulatów strajkujących w sierpniu 1980 były także żądania związane z równością, ze sprawiedliwym traktowaniem wszystkich przez system, a więc np. zniesienie sklepów komercyjnych czy wprowadzenie kartek „dla wszystkich”).
- W 2003 roku Międzynarodowy Komitet Doradczy UNESCO Programu „Pamięć Świata” zdecydował o wpisaniu Postulatów Gdańskich z Sierpnia 1980 na międzynarodową listę najważniejszych zbiorów archiwalnych istniejących na świecie. Jako historyk, jak ocenia Pan znaczenie wydarzeń Sierpnia 1980?
- Wydaje się, że to jeden z ostatnich protestów pokazujących siłę klasy robotniczej. Robił wrażenie nawet za granicą, zwłaszcza w kontekście zmian strukturalnych zachodzących wówczas w świecie kapitalistycznym (np. w Stanach Zjednoczonych, w Japonii czy w krajach Europy Zachodniej). Od lat 70. XX w. postępuje proces odchodzenia od produkcji przemysłowej (lub jej przenoszenia do krajów rozwijających się), a wzrasta globalna rola usług. Część zakładów pracy (w tym stocznie) jest likwidowana. Następuje więc osłabienie klasy robotniczej.
Na tym tle pojawia się Solidarność, która staje się jednym z ostatnich przykładów na to, że klasa robotnicza naprawdę może mieć bardzo duży wpływ na to, co dzieje się w państwie. W tym kontekście dostrzegam duże znaczenie Solidarności jako być może ostatniego zrywu, który wierzył w jakąś przyszłość systemu socjalistycznego.
Przy tym należę do tych historyków, którzy nie są skłonni jednoznacznie wyrokować, że ten system był skazany na niepowodzenie - mamy chociażby przykład Chin. Na początku lat 80. wcale nie było przesądzone, że system socjalistyczny w Polsce upadnie. Dla wielu ludzi upadek socjalizmu był bardzo dużym zaskoczeniem - w tym dla samych robotników stoczniowych, którym (przynajmniej części z nich) wcale nie musiało zależeć, by ten system przestał istnieć.
- Jaką lekcję możemy wynieść jako społeczeństwo z wydarzeń Sierpnia 1980 w Polsce, w tym z faktu podpisania porozumień sierpniowych?
- Być może nie powiem tu nic odkrywczego, ale uważam, że samo dążenie do rozmów i próba porozumienia się w pokojowych warunkach, w sprzyjającym miejscu, z poważnym podejściem do drugiej strony, z uznaniem odmiennych doświadczeń i potrzeb tejże strony jest czymś koniecznym w polityce. To dzięki takim rozmowom staje się możliwe osiągnięcie kompromisu. Myślę, że we współczesnej polityce, zantagonizowanej i naznaczonej populizmem, bardzo takiego podejścia brakuje.
Sierpień 1980 to jeden z historycznych przykładów pokazujących, że tego rodzaju działania naprawdę mogą się powieść. Przecież między ludźmi uczestniczącymi w rozmowach wcale nie było dużego zaufania, na stoczni panował ogromny strach przed interwencją wojskową. Nie wiedziano, jak się to wszystko zakończy, a mimo wszystko dano delegacji rządowej duży kredyt zaufania. Widzę w tym przykład historycznego sukcesu: przykład porozumień sierpniowych dowodzi, że mimo bardzo dużych antagonizmów między stronami porozumienie jest jak najbardziej możliwe. Należy tylko zapewnić odpowiednie warunki do tego rodzaju kompromisów.
- Bardzo dziękuję za rozmowę!