Jak nazywać kobiety na uczelniach? Słownik feminatywów ma to znacznie ułatwić!

mat. prasowe

Profesorka, ministra, rektorka - formy, które jeszcze niedawno budziły zdziwienie, coraz częściej pojawiają się w codziennym języku. Nie są jednak nowym wynalazkiem, lecz częścią historii polszczyzny. - Nasz język żyje, ewoluuje, zmienia się. Musimy za tym nadążyć - mówi prof. Zenon Lica, autor „Słownika feminatywów Związku Uczelni w Gdańsku im. Daniela Fahrenheita”, wyjaśniając, dlaczego żeńskie nazwy zawodów wciąż wywołują emocje i jak oswoić je w środowisku akademickim.

Urszula Abucewicz, CKiP: - „Feminatywy to w znacznej części kwestia estetyczna i emocjonalna, bo w końcu wyrazy niczemu nie są winne”. To słowa prof. Jerzego Bralczyka z wywiadu, który dwa lata temu ukazał się w Polskiej Agencji Prasowej.

Dr hab. Zenon Lica, prof. UG: - Profesor Bralczyk już nieraz wzbudzał różne kontrowersje. Ta wypowiedź jest z 2024 roku. Myślę, że jego poglądy nieco ewoluowały od tego czasu. W ciągu dwóch lat w języku naprawdę dużo się zmieniło. Wszyscy byliśmy bardzo zdumieni tempem tych zmian, powstało bardzo wiele różnych określeń, czasami na początku osobliwych dla ucha, jak choćby „chirurżka”. Całkiem niedawno byłem w GUMedzie na wykładzie naukowczyni, która mówiła tak o sobie. I nikogo to nie raziło.

- Jakie jest pana zdanie na temat używania feminatywów?

- Jestem człowiekiem otwartym i naprawdę nie mogę nikogo zmusić, żeby wbrew własnej woli używał feminatywów. Jeżeli natomiast któraś z pań powie, żebym zwracał się do niej w formie feminatywnej, to oczywiście będę tak robił. Będę ambasadorem form żeńskich. Uważam, że kobiety mają do tego prawo. Jeżeli wykonują pewne zawody i można do nich stworzyć odpowiedniki żeńskie, dlaczego nie? Dlaczego kobiety nie mają mieć prawa, żeby w taki sposób o sobie mówić i podkreślać swoją kobiecość? Przecież forma feminatywna nie sprawi, że będą inaczej pracować. Będą równie efektywne w swojej pracy jak mężczyźni, a jednocześnie być może zyskają większe poczucie autentyczności i możliwość pełniejszego wyrażania własnej tożsamości. Kobietom zależy bowiem na tym, by ich płeć była dostrzegana i respektowana, a one same były traktowane na równi z mężczyznami.

- Dlaczego niektóre formy przyjmujemy, a inne budzą w nas sprzeciw?

- Taka jest nasza ludzka natura, że nowe budzi w nas opór. Po co wprowadzać zmiany, jeśli wydaje nam się, że wszystko funkcjonuje właściwie? Opór jest bezzasadny, ponieważ jeśli nowa forma jest coraz częściej używana, to się utrwala. Tak jest w przypadku frazeologizmów, tak samo dzieje się z feminatywami. 

A trzeba wiedzieć, że feminatywy występowały już w prasłowiańszczyznie, np. bratranъ „bratanek”, bratrana „bratanica”. Już w XIV i XV wieku używano żeńskich form w Polsce. Były „lekownice” lub „zielarki”, które leczyły ziołami, „piekarki”, „winieczniczki”, czyli „kwiaciarki”, ale i „prorokini” czy „przepowiednica”. Rozkwit żeńskich form nastąpił w dwudziestoleciu międzywojennym. Dzisiejszych przeciwników feminatywów bawi forma „pilotka”. Natomiast w 1932 r. gazety rozpisywały się o osiągnięciach angielskiej pilotki Winifred Spooner i Amerykanki Amelii Earhart, która samotnie przeleciała przez Atlantyk. Podobnie określenia feminatywne „marynarka” czy „kapitanka” wywołują uśmiech na twarzach, a przecież feminatyw „kapitanka” pojawił się już w XIX wieku i odnotowany został w słownikach.

- Zofia Nałkowska mówiła o sobie, że jest pisarką.  

- Tak, już w okresie dwudziestolecia międzywojennego pojawiły się takie formy jak: „adiunktka”, „architektka”, „dentystka”, „docentka” czy „dramaturżka”. Feminatywy używane były wówczas bardzo często i stanowiły naturalny element ówczesnego systemu językowego. Podejrzewam, że gdyby nie zmiana ustroju po II wojnie światowej, nie budziłyby dziś tylu emocji ani nie byłyby traktowane jako swoista nowość językowa. Istotne osłabienie ich pozycji nastąpiło w okresie Polski Ludowej. Wówczas, wraz ze wzrostem zapotrzebowania na pracę kobiet w przemyśle i rolnictwie, upowszechniły się nazwy zawodowe takie jak „chlewmistrzyni”, „traktorzystka” czy „kombajnistka”. Kobiety wykonujące te zawody stawiano na piedestale, przedstawiając je jako symbole socjalistycznego postępu i równouprawnienia. Paradoksalnie jednak w tym samym czasie w odniesieniu do kobiet zajmujących stanowiska o wyższym prestiżu społecznym coraz częściej zaczęto stosować nazwy męskie. W rezultacie część feminatywów stopniowo traciła swój prestiż, a formy męskie zaczęły uchodzić za bardziej oficjalne i nobilitujące. I nagle „dyrektorka” przestaje być „dyrektorką”, staje się „towarzyszką dyrektor” albo „obywatelką dyrektor”, tudzież „panią dyrektor”.

 

mat. prasowe

- Eugeniusz Pawłowski w 1951 roku napisał, że używanie feminatywów to wstecznictwo, ciasnota umysłowa, a osoby, które kurczowo trzymają się tych form, są zacofane.

- Właśnie wtedy zaczęły się utrwalać nowe wzorce językowe, do czego w znacznym stopniu przyczyniła się edukacja. To, czego uczymy się w szkole, z czasem uznajemy za naturalne i obowiązujące od zawsze. Widać to szczególnie w języku pokolenia kształconego w latach siedemdziesiątych, dla którego formy „pani doktor”, „pani profesor” czy „pani dyrektor” często pozostają bardziej oczywiste niż ich żeńskie odpowiedniki.

- W słowniku w jednym z rozdziałów przytacza pan wyniki badań dotyczące naszej społeczności akademickiej. Wynika z nich, że w grupie pracowników naukowych można zaobserwować większą ostrożność wobec zmian językowych. Natomiast pracownicy administracyjni są pod tym względem bardziej otwarci.

- Myślę, że to przede wszystkim kwestia osłuchania i przyzwyczajenia. Sam nadal zwracam się do koleżanek „pani profesor”, a nie „pani profesorko”, ponieważ ta pierwsza forma jest dla mnie bardziej naturalna. Nie oznacza to jednak, że druga jest gorsza. Po prostu jeszcze do niej nie przywykłem.

Sądzę, że młodszemu pokoleniu łatwiej będzie zaakceptować nowe formy, choć nie wszystkie budzą jednakowy entuzjazm. Często słyszę na przykład, że „dziekanka” nie może oznaczać kobiety pełniącej funkcję dziekana, bo przecież tak nazywa się urlop dziekański. Podczas spotkania z młodzieżą licealną w Olsztynie zapytałem, kto wie, co oznacza słowo „dziekanka” w języku studentów. Nikt nie podniósł ręki. Kiedy jednak zapytałem, kim jest „dziekanka”, usłyszałem odpowiedź: „Pani dziekan”.

To pokazuje, jak silnie nasze oceny językowe zależą od przyzwyczajeń i doświadczeń pokoleniowych. Być może dla naszych dzieci formy „profesorka” czy „doktorka” będą już zupełnie naturalne. Czy ostatecznie się utrwalą? Tego nie wiemy. O tym zdecydują sami użytkownicy języka.

- Używa pan formy „profesorka” a nie „profesora”. Domyślam się, że tę formę pan preferuje. Niektórzy wolą jednak formę „profesoressa”.

- Rzeczywiście, jestem zwolennikiem przyrostka „-ka”, choć zdaję sobie sprawę, że forma „profesorka” może niektórym kojarzyć się ze zdrobnieniem. Warto jednak pamiętać, że przyrostek ten nie służy wyłącznie tworzeniu zdrobnień, lecz także nazw żeńskich. Pracując nad słownikiem, sprawdzałem częstość użycia obu form w korpusie języka polskiego. Okazało się, że „profesorka” występuje zdecydowanie częściej niż „profesora”. Z kolei forma „profesoressa” może budzić skojarzenia nie zawsze pozytywne, choćby przez podobieństwo do wyrazu „hostessa”.

Rozumiem natomiast, dlaczego niektórzy wolą formę „magistra” zamiast „magisterka”. Ta ostatnia jest bowiem wieloznaczna - kojarzy się również z pracą magisterską czy studiami magisterskimi. Ostatecznie jednak to zwyczaj językowy rozstrzygnie, które z tych form się upowszechnią.

- Co robisz? Piszę „magisterkę”, czyli pracę magisterską.

- Właśnie dlatego, aby uniknąć tej dwuznaczności, sam wybrałbym formę „magistra”. Nie jest to zresztą żadna nowość. Już przed wojną pojawiały się ogłoszenia, w których poszukiwano do pracy w aptece właśnie „magistry”. Choć generalnie jestem zwolennikiem przyrostka „-ka” jako wykładnika żeńskości, w tym przypadku bliższe są mi formy tworzone za pomocą derywacji paradygmatycznej, takie jak „magistra” czy „ministra”. Rozumiem jednak również tych, którzy wolą mówić „ministerka”. Oba sposoby tworzenia feminatywów mieszczą się w możliwościach słowotwórczych polszczyzny.

- Są feminatywy, które dość trudno wypowiedzieć. Jak choćby adiunktka.

- Tak, ten feminatyw może powodować problemy artykulacyjne przez zbitkę głosek „ktka”.

- Nie mamy problemów ze sprzątaczką czy fryzjerką, ale z psycholożką, informatyczką, profesorką, adiuntką - już tak. Nadal uznajemy mężczyzn za bardziej kompetentnych w zawodach wysoce specjalistycznych?

- To w dużej mierze spuścizna okresu powojennego, kiedy żeńskie nazwy zawodów częściej kojarzono z profesjami o niższym prestiżu społecznym. Formy takie jak „aktorka” czy „nauczycielka” utrzymały się w polszczyźnie, ponieważ były mocno zakorzenione w języku i trudno byłoby je wyeliminować. Natomiast tam, gdzie było to możliwe, zaczęto zastępować feminatywy nazwami męskimi, które w odniesieniu do kobiet pozostawały nieodmienne.

Uzasadniano to przekonaniem, że męskie nazwy zawodów i stanowisk brzmią bardziej godnie, prestiżowo i mają pozytywniejsze konotacje. Ale czy rzeczywiście tak jest? Myślę, że wiele zależy od naszych przyzwyczajeń językowych. Im częściej słyszymy określoną formę, tym bardziej staje się ona dla nas naturalna. Przecież „dyrektorka” już chyba nikogo nie dziwi. A „kierowniczka”? Niektórym wciąż może przywodzić na myśl popularne niegdyś zawołanie: „Kierowniczko! Piwo poproszę!”. Ale może to tylko moje pokoleniowe skojarzenie? Być może dla młodszych użytkowników polszczyzny „kierowniczka” jest już zupełnie neutralną nazwą stanowiska.

- Też mam kłopot z tą formą! A kierowczyni?

- Istniała już w okresie XX-lecia międzywojennego.

fot. mat. prasowe

fot. Archiwum prywatne

- Okazuje się więc, że nie unowocześniamy języka na siłę, jak mówią przeciwnicy feminatywów, tylko wracamy do korzeni języka polskiego?

- Tak, choć warto pamiętać, że język nieustannie się rozwija, a wraz z nowymi zawodami i specjalizacjami pojawiają się kolejne feminatywy. Prowadzę psa do „groomerki”, wesele organizuje „wedding plannerka”, a włosy strzyże mi „hairstylistka”. To ciekawe przykłady zapożyczeń z języka angielskiego, które dostosowujemy do polskiego systemu słowotwórczego za pomocą dobrze znanego przyrostka „-ka”. Widać więc, że feminatywy nie tylko mają długą tradycję, lecz także naturalnie uczestniczą w rozwoju współczesnej polszczyzny.

Przypomina mi się wykład o historii feminatywów, który wygłosiłem na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Po spotkaniu podeszło do mnie kilka pań, by podziękować za przedstawienie tego zagadnienia. Przyznały, że same zapewne pozostaną przy dotychczasowych przyzwyczajeniach językowych, ale odtąd z większym zrozumieniem będą podchodzić do kobiet, które wybierają żeńskie nazwy zawodów i stanowisk.

Podobne doświadczenie miałem podczas wykładu na jednym z wydziałów Uniwersytetu Gdańskiego. Kiedy pokazałem, że feminatywy są naturalnym elementem historii polszczyzny, część słuchaczy spojrzała na nie z innej perspektywy. Zapytano mnie jednak, czy nadal można zwracać się do koleżanek tradycyjnie: „pani profesor”. Odpowiedziałem, że oczywiście tak. Najważniejsze jest przecież wzajemne poszanowanie językowych wyborów. Jeżeli kobieta woli być nazywana „profesorką”, uszanujmy to. Nie musimy sami używać wszystkich nowych form, ale nie powinniśmy ich wyśmiewać ani narzucać innym własnych przyzwyczajeń.

- Feminatywy najwyraźniej budzą emocje. Ujawniają też poglądy polityczne. Przyjęło się, że osoby konserwatywne trzymają się zmaskulinizowanych form, a osoby z lewicowymi poglądami częściej akcentują swoją płeć, mówiąc o wykonywanym przez siebie zawodzie. 

- Rzeczywiście, wybór feminatywów bywa dziś odbierany jako deklaracja światopoglądowa, choć nie zawsze musi nią być. Dobrym przykładem jest forma „ministra”, z którą w ciągu ostatnich trzech lat zdążyliśmy się już osłuchać. Nie wiadomo jednak, czy po ewentualnej zmianie władzy pozostanie równie popularna, czy częściej znów będziemy słyszeć „pani minister”. Pokazuje to, jak silnie język może być związany z rzeczywistością polityczną. Ostatecznie jednak o trwałości tych form zdecyduje przede wszystkim zwyczaj językowy.

- Jedna ze stacji ogólnopolskich przez pewien czas używała formy „ministerka”, w końcu wygrała jednak „ministra”. A kiedyś były „posełki”.

- Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości rozgorzała dyskusja, jak nazywać kobiety zasiadające w Sejmie. Skoro mamy „posła”, to może „poślica”, na wzór par „osioł - oślica” czy „orzeł - orlica”? Propozycja ta wywoływała jednak uśmiech ze względu na niezbyt fortunne skojarzenia. Rozważano również formę „poślina”, która także nie spotkała się z przychylnym przyjęciem, przywodząc na myśl wyrazy o negatywnym zabarwieniu, takie jak „chłopaczyna” czy „pijaczyna”. W dwudziestoleciu międzywojennym używano więc między innymi określenia „posełka”. Ostatecznie utrwaliła się jednak „posłanka”, która pierwotnie oznaczała kobietę wysłaną z określoną misją, czyli emisariuszkę.

Przeszliśmy zatem ciekawą drogę - od „poślicy” do „posłanki”.

Podobne zjawiska obserwujemy w innych obszarach języka. Dziś coraz częściej słyszymy „pedagożka”, chociaż wcześniej występowała „pedagogini”, ale rywalizacja różnych form żeńskich nie jest niczym nowym. Już w XVI i XVII wieku współistniały określenia „mistrzowa” i „mistrzyni”. Z czasem upowszechniła się ta druga forma. Być może dlatego, że przyrostek „-owa” coraz silniej kojarzył się z nazwami żon tworzonymi od tytułów i zawodów mężów. „Prezydentowa” była więc żoną prezydenta, a „doktorowa” - żoną doktora.

Jak widać, język nie zawsze od razu znajduje najlepsze rozwiązanie. Często przez pewien czas współistnieją różne formy, zanim jedna z nich zyska przewagę. Ostatecznie to użytkownicy języka, poprzez codzienne wybory, decydują, które określenia się utrwalą, a które odejdą w zapomnienie.

- Forma „marszałkini” się przyjęła, ale „prezydentka”? Nie wszystkie kobiety władające miastami stosują tę formę.

- Moim zdaniem „prezydentka” brzmi dobrze i jest formą zgodną z polskim systemem słowotwórczym. Nie bardzo rozumiem, skąd biorą się obawy przed jej używaniem. Być może znów decyduje przyzwyczajenie do tradycyjnej formy „pani prezydent”. Sądzę jednak, że wraz z upowszechnianiem się żeńskich nazw stanowisk również „prezydentka” będzie brzmiała coraz bardziej naturalnie.

- A co z formami „rektorka” i „kanclerka”?

- Panie pełniące funkcje prorektorów do spraw studenckich i do spraw kształcenia pytały mnie, czy mogą nazywać się „rektorkami”. Odpowiedziałem, że oczywiście tak. Podobnie jest z „kanclerką” - to forma poprawna pod względem słowotwórczym, choć przypuszczam, że nasza pani kanclerz pozostanie przy tradycyjnym określeniu.

W „Słowniku feminatywów Związku Uczelni w Gdańsku im. Daniela Fahrenheita” przedstawiam trzy możliwości nazywania kobiet. Pierwsza to formy generyczne, wspólne dla obu płci, jak „wykładowca”. Druga obejmuje formy zmaskulinizowane, w których nazwa męska pozostaje nieodmienna, np. „pani profesor”. Trzecia to właściwe feminatywy, tworzone za pomocą formantów słowotwórczych, takie jak „specjalistka”, „artystka” czy „malarka”.

Osobną kwestią są formy adresatywne, szczególnie ważne w korespondencji urzędowej. Dlatego w słowniku podaję wzorce odmiany, a także propozycje zwrotów grzecznościowych, np. „Szanowna Pani Pełnomocnik” lub „Szanowna Pani Pełnomocniczko”. Najważniejsze, aby uszanować wybór osoby, do której się zwracamy.

Temu właśnie ma służyć słownik. Chodzi o to, by każda pracownica uczelni mogła wskazać preferowaną nazwę swojego stanowiska i formę, w jakiej należy się do niej zwracać. Wybrane określenia będą mogły następnie pojawić się na tabliczkach na drzwiach, wizytówkach czy w stopkach mailowych. W ten sposób feminatywy staną się naturalnym elementem codziennej komunikacji akademickiej.

 

fot, materialy prasowe

fot. Archiwum prywatne

- Jakie wyzwania pojawiły się podczas prac nad słownikiem?

- Słownik feminatywów powstawał z myślą o Związku Uczelni w Gdańsku im. Daniela Fahrenheita, jeszcze w jego pierwotnym, trzyuczelnianym składzie, obejmującym Uniwersytet Gdański, Politechnikę Gdańską i Gdański Uniwersytet Medyczny. Z działów kadr tych uczelni otrzymałem wykazy zawodów i stanowisk. Okazało się, że jest ich naprawdę dużo - na każdej uczelni ponad 120. Niektóre nazwy się powtarzały, jak choćby „bibliotekarz”, inne były dla mnie zupełnie nowe. Zdarzało się, że sam słyszałem je po raz pierwszy.

Ogromnym wsparciem okazała się praca zespołu przygotowującego anglojęzyczne odpowiedniki tych nazw. Szczególne podziękowania należą się pani Alinie Swebockiej z Uniwersytetu Gdańskiego, która koordynowała te prace, oraz pani Annie Kucharskiej-Raczunas z Politechniki Gdańskiej i panu Adamowi Tuszyńskiemu z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Dzięki ich zaangażowaniu udało się uporządkować angielskie nazewnictwo i dostosować je do współczesnej struktury oraz zakresu obowiązków na poszczególnych stanowiskach.

Cała trójka wykonała niezwykle rzetelną i wymagającą pracę, za którą jestem im szczerze wdzięczny. To ważny wkład w powstanie słownika, który ma nie tylko dokumentować żeńskie nazwy zawodów i stanowisk, lecz także służyć codziennej komunikacji akademickiej.

- Na czym polegała pana praca?

- Muszę przyznać, że koncepcja słownika stopniowo ewoluowała. Początkowo zamierzałem ograniczyć się do wykazu nazw zawodów i stanowisk oraz ich paradygmatów odmiany. Miał to być zatem słownik przede wszystkim fleksyjny. W trakcie pracy doszedłem jednak do wniosku, że to za mało. Bo cóż z tego, że od nazwy „biostatystyk” bez trudu utworzymy feminatyw „biostatystyczka”, skoro nie każdy czytelnik wie, czym taka osoba się zajmuje?

Postanowiłem więc rozbudować artykuły hasłowe. Oprócz nazw i wzorców odmiany znalazły się w nich definicje opracowane na podstawie słowników, encyklopedii oraz opisów stanowisk dostępnych na stronach uczelni. Dodałem również informacje, czy dana nazwa odnosi się do zawodu, stanowiska czy tytułu naukowego, a także stosowane skróty, szczególnie przydatne w przypadku rozbudowanych nazw.

Ważną częścią pracy była analiza rzeczywistego użycia feminatywów. Korzystałem między innymi z wyszukiwarki MoncoPL, Wielkiego słownika języka polskiego oraz Narodowego Korpusu Języka Polskiego. Sprawdzałem, które formy żeńskie są poświadczone w polszczyźnie i jak często występują. Zależało mi bowiem na tym, aby słownik nie był jedynie zbiorem teoretycznie możliwych konstrukcji słowotwórczych, lecz przede wszystkim uwzględniał formy rzeczywiście funkcjonujące w języku, mające szansę na trwałe zadomowienie się w nim.

Przy każdej nazwie przedstawiam również trzy warianty, o których wspominałem wcześniej: formę męską używaną także generycznie, np. „asystent”, formę zmaskulinizowaną odnoszącą się do kobiety, np. „pani asystent”, oraz właściwy feminatyw, czyli „asystentka”. Chciałem w ten sposób pokazać użytkownikom słownika dostępne możliwości i pozostawić im wybór formy, która najbardziej im odpowiada.

- Czy to słownik skierowany do wąskiej grupy społeczności akademickiej?

- To uniwersalny słownik instytucjonalizmów. Każdy może z niego korzystać.

***

„Słownik feminatywów Związku Uczelni w Gdańsku im. Daniela Fahrenheita”, którego autorem jest prof. Zenon Lica dostępny jest w formie e-booka na stronie Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego. Można go pobrać TUTAJ.  

Urszula Abucewicz / CKiP